Alchemik
w nowej szacie graficznej autorstwa Cataliny Estrady
Alchemik Alchemik - edycja limitowana Alef Brida Czarownica z Portobello Demon i panna Prym Hipis Jedenaście minut Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam Piąta góra Podręcznik wojownika światła Szpieg Walkirie Weronika postanawia umrzeć Weronika postanawia umrzeć - edycja filmowa Zahir Zdrada Zwycięzca jest sam Sekrety. Kalendarz 2020 Droga. Kalendarz 2019 Wolność. Kalendarz 2018 Przyjaźń. Kalendarz 2017 Odwaga. Kalendarz 2016 Alchemia. Kalendarz 2015 Dzielenie się. Kalendarz 2014 Alchemia "Alchemika" Czarodziej. Biografia Paulo Coelho Prorok. Listy miłosne Proroka Zwierzenia pielgrzyma

Paulo Coelho "Walkirie"

Paulo Coelho, Walkirie - fragment

– Zatrzymajmy się tutaj – zdecydował.

Zeszli ze ścieżki i podeszli do najbliższej skały. Niemal wtulali się w kamień, żeby znaleźć dla siebie odrobinę cienia. Na całej pustyni cień można znaleźć tylko wcześnie rano i przed zachodem słońca, właśnie między skałkami.

– Źle to wyliczyliśmy – zawyrokował.

Chris zauważyła to już wcześniej. Paulo, który zawsze potrafił właściwie ocenić odległość, tym razem nie oponował, kiedy mówiła o pięciu kilometrach.

– Wiem skąd ta pomyłka – ciągnął Paulo. – Na pustyni nie ma żadnych punktów odniesienia, drzew, słupów wysokiego napięcia, domów, iglic kościołów. Wiemy mniej więcej, jaką mają one wysokość, dzięki czemu łatwiej nam oszacować odległość.

W miejscu, w którym się znaleźli, nie było takich punktów odniesienia. Jedynie skałki, które widzieli po raz pierwszy w życiu, pasmo gór o nieznanej wysokości i niskopienna roślinność. Dopiero na widok odległego punkcika samochodu Paulo zdał sobie sprawę z tego, że przeszli więcej niż siedem kilometrów.

– Odpoczniemy trochę i trzeba wracać.

„Wszystko mi jedno”, pomyślała. Spodobało się jej wpatrywanie w linię horyzontu. To było zupełnie nowe doświadczenie.

– Cała ta historia z wpatrywaniem się w horyzont...

Czekał, aż dokończy. Wiedział, że bała się ośmieszyć brakiem wiedzy o ezoteryce.

– Wydaje się... sama nie wiem jak to wytłumaczyć..., że dusza we mnie urosła.

„Bardzo dobrze”, ocenił Paulo. „Jest na właściwej drodze”.

– Wcześniej, kiedy wpatrywałam się w dal, miałam wrażenie, że wszystko jest rzeczywiście odległe. Wszystko to, co widziałam, wydawało się nie być częścią mojego świata. Od dzieciństwa uczono mnie patrzeć przed siebie, ale widzieć rzeczy znajdujące się blisko mnie. Dwa dni temu nauczyłam się patrzeć w dal. Odkryłam, że poza stołami, krzesłami i innymi przedmiotami, które widzę na co dzień, do mojego świata należą też góry, obłoki i niebo. Wtedy urosła we mnie dusza. Dusza, która własnym wzrokiem dotyka tych oddalonych rzeczy!

„Świetnie to ujęła”, pomyślał.

– Dusza we mnie rośnie – powtórzyła.

Otworzył torbę, wyjął paczkę papierosów i zapalił jednego.

– Każdy może tego doświadczyć. Jednak ludzie wolą widzieć tylko to, co jest najbliżej, najchętniej koniec własnego nosa. A wtedy – używając twojego określenia – ludzka moc słabnie, a dusza się kurczy. Dusza to nic innego jak my sami. To nie oceany, góry, poznawane osoby, czy cztery ściany naszych domów.

Spodobało mu się wyrażenie „dusza we mnie rośnie”. W rozmowie z gorliwym okultystą z pewnością usłyszałby bardzo zawiłe wyjaśnienia w rodzaju: „doznałem przypływu świadomości”, ale zaproponowany przez żonę termin uznał za bliższy rzeczywistości.

Zgasił papierosa. Nie było sensu iść dalej, lada chwila temperatura mogła sięgnąć pięćdziesięciu stopni. Do zaparkowanego samochodu było daleko, ale znajdował się w zasięgu ich wzroku. Wystarczy półtorej godziny marszu, żeby znaleźć się w jego klimatyzowanym wnętrzu. Ruszyli w drogę powrotną. Pośrodku bezkresnej pustyni poczuli w sercach gwałtownie narastające uczucie wolności.

– Rozbierzmy się – zaproponował Paulo.

– Nie boisz się, że ktoś zobaczy? – spytała bezwiednie.

Paulo roześmiał się. Wokół rozpościerało się bezkresne pustkowie. Dzień wcześniej, kiedy łazili po pustyni wcześnie rano i przed zachodem słońca, widzieli tylko dwa samochody. Słyszeli, jak nadjeżdżają na długo, zanim pojawiły się w zasięgu ich wzroku. Na pustyni królowały słońce, wiatr i cisza.

– Widzą nas tylko nasi aniołowie – rzucił w odpowiedzi. – A dla nich w naszej nagości nie ma nic gorszącego.

Ściągnął bermudy i koszulkę, odwiązał bidon. Włożył wszystko do swojej torby.

Chris z trudem powstrzymując śmiech też się szybko rozebrała. Po chwili przez pustynię Mojave maszerowały dwa golasy w sportowym obuwiu, ciemnych okularach i czapeczkach z daszkiem. Mężczyzna dźwigał dodatkowo wypchaną torbę. Ten widok rozbawiłby każdego.

Szli przez pół godziny szybkim marszem. Samochód był wciąż maleńkim punkcikiem na horyzoncie, ale w przeciwieństwie do słonego jeziora przybliżał się z każdym krokiem. W krótkim czasie powinni dojść do celu.

Nagle Chris poczuła straszliwe zmęczenie. – Odpocznijmy trochę – poprosiła.

Zatrzymał się.

– Nie dam rady dalej tego dźwigać – poskarżył się. – Jestem piekielnie zmęczony.

Jak to? On nie da rady? Ciężar, o którym mówił, to dwa bidony, każdy wypełniony do połowy wodą, najwyżej trzy kilogramy.

– Nie możemy się tego pozbyć. Potrzebujemy wody.

Oczywiście, musiał dźwigać wodę.

– Chodźmy już! – rzucił zniecierpliwiony.

„Jeszcze przed chwilą był taki romantyczny, a teraz się złości”, zauważyła. Postanowiła się nie przejmować, chociaż była wyczerpana.

Przeszli jeszcze kilkaset metrów, coraz bardziej znużeni. Zacisnęła zęby, nie chciała się skarżyć, żeby go bardziej nie denerwować.

„Co za głupota!”, rozmyślała. „Wściekać się, kiedy wokół tak pięknie i to zaraz po takiej interesującej rozmowie...”.

Właśnie, nie mogła sobie przypomnieć, o czym właściwie rozmawiali. Zresztą to nie miało żadnego znaczenia. Była zbyt zmęczona, żeby w ogóle myśleć o czymkolwiek.

Paulo zatrzymał się i upuścił torbę na ziemię.

– Musimy odpocząć – zarządził.

Już się nie wściekał. Wyglądał na wycieńczonego, tak samo jak ona.

Nie znaleźli nigdzie skrawka cienia. Padali z nóg.

 

Usiedli na rozgrzanym piasku, który palił nagą skórę jak ogień. Nie przejmowali się tym. Potrzebowali odpoczynku. Chociaż przez krótką chwilę.

Przypomniała sobie, o czym rozmawiali: o horyzoncie. Niezależnie od niej jej dusza urosła teraz do niesłychanych rozmiarów, a drugi umysł całkowicie się wyciszył. Nie nuciła piosenek, nie powtarzała w kółko natrętnych myśli, nie przejmowała się, czy ktoś widzi ich spacerujących nago po pustyni. Wszystko utraciło dawną ważność. Niczym się nie martwiła, nic nie burzyło jej spokoju, była wolna. Przez kilka minut siedzieli w milczeniu. Z góry lał się żar, ale to też im nie przeszkadzało. Przecież w bidonach mieli dość wody.

– Lepiej już chodźmy. Do samochodu jest niedaleko. Włączymy klimatyzację i odpoczniemy w środku.

Ogarniała ją senność. Marzyła, żeby pospać choć chwilę. Mimo to podniosła się.

Przeszli jeszcze kawałek. Samochód był tuż obok, nie dalej niż dziesięć minut marszu.

– Jesteśmy tak blisko. Połóżmy się na moment. Pięć minut drzemki dobrze nam zrobi.

Pięć minut drzemki? Czemu teraz o tym mówi? Czyżby czytał w jej myślach? Może i jemu chce się spać? Co złego w krótkiej drzemce? Przynajmniej się opalą, jakby spędzili dzień na plaży. Znowu usiedli. Maszerowali ponad godzinę, nie licząc przystanków. Nie ma nic złego w krótkiej drzemce.

Usłyszeli zbliżający się samochód. Godzinę wcześniej zerwałaby się na równe nogi i w pośpiechu ubrała, ale teraz to było bez znaczenia. Niech się gapi, kto chce. Nie musi się nikomu tłumaczyć. Marzyła, żeby pospać. To wszystko.

Walkirie - powrót do opisu książki